Powrót na górę strony

O MOIM SPOSOBIE LECZENIA:

3 bazowe założenia USN

Skąd się w ogóle wziął ten pomysł?

Przełom w myśleniu i wielki początek

Co konkretnie zrobiłam, żeby zacząć zdrowieć

DIETA

przekonanie bliskich osób, że robię sobie krzywdę

To co się ze mną działo, czasem nie wyglądało najlepiej, jeśli ktoś patrzy z zewnątrz i myśli kategoriami medycyny konwencjonalnej, a taka jest średnia. Moi bliscy, pomimo moich zapewnień, że to wszystko to tylko etapy zdrowienia, martwili się i zwyczajnie było im przykro, że cierpię. A mnie było trudno patrzeć jak oni cierpią, bo nie wiedzą tego co ja, w imię czego to cierpienie i że ono nie tylko, że się skończy za jakiś czas, ale również, że przyniesie spektakularne efekty. A póki co, czują się bezradnie, nie mogąc mi pomóc. Ja byłam samotna w moim cierpieniu, a oni w swoim. Tylko częściowo udało nam się w nim skomunikować. Wiedziałam, że jedyną drogą do wybawienia ich z ich dyskomfortu i strachu o mnie jest… pokazanie im mojego dobrego samopoczucia! I zdaje się, że powoli “leczą się” ze swoich obaw, w miarę jak ja prezentuję sobą coraz lepszy stan zdrowia.
Sporą trudnością było też to, iż w niektórych przypadkach zrozumienie danej lekcji trwało stosunkowo długo (to moja ocena, przyznaję, bo w sumie nie ma żadnego obiektywnego wzorca na ilość czasu potrzebną na wyzdrowienie - może w sumie każda ilość jest dobra jeśli prowadzi do wyzdrowienia?), ale uczyłam i uczę się na własnych błędach i zanim czasem zrozumiałam co mi służy albo nie służy, musiałam przejść daną ścieżką wiele razy, żeby potem użyć łatwego skrótu. Ponieważ nie miałam żadnego odniesienia jak to "powinno wyglądać" czy też jak w podobnej sytuacji znalazł się ktoś inny, żeby móc z jego ścieżki skorzystać, a instynkt aż tak szczegółowych instrukcji mi nie udzielał (albo go nie słyszałam? Ups…), nieraz przez wiele tygodni było mi bardzo ciężko i nie widziałam efektów, które według moich kryteriów oznaczałyby progres, a zatem i zastrzyk nadziei oraz nowej energii.

Częstym towarzyszem na tej drodze było zwątpienie. Nie na tyle, żeby się poddać, ale żeby dać mu sobie odebrać nieco sił. Na szczęście zawsze co jakiś czas wydarzało się coś, co sprawiało, że znów czułam się na właściwej drodze, gotowa wytrzymać kolejne porcje niekomfortowego niewiadomego. Teraz już wiem, że przy leczeniu siłami natury postęp to wartość stała i że odbywa się on nieprzerwanie, nawet przy długich okresach pozornego bezruchu i braku zmian. Tyle, że czasem przebiega w podziemiu.

popełnianie ciągle tych samych błędów

Leczenie siłami natury wymagało i nadal wymaga sporej cierpliwości i ładunku instynktownej wiedzy, że to co wydaje się czasami krokiem, a nawet skokiem do tyłu, jest w istocie tylko pewnym etapem, który trzeba wytrzymać, stosując niezmienną “politykę” parcia do przodu. Jest to dość trudny czas naszpikowany wątpliwościami czy umysł mnie przypadkiem nie zwodzi i czy to leczenie to rzeczywiście prawda. No bo może się okazać, że się kompletnie mylę, a moje wysiłki i cierpienie okażą się daremne, bo poczyniłam błędne założenia.

Już teraz mogę potwierdzić, że nigdy nie dojdę do takiego wniosku, bo gdyby nawet teoretycznie nie udało mi się założonego celu osiągnąć (dla przypomnienia - przyzwolenie siłom natury na takie działanie, aby organizm sam usunął polipy z zatok przynosowych), to nic nie jest daremne - sumaryczny efekt zdrowotny, jaki udało mi się osiągnąć do dzisiejszego dnia jest nie do przecenienia.

Wyzwaniem w czasie długotrwałego bólu oraz trudności w oddychaniu było czyhanie na tej drodze wielu pokus, żeby skorzystać ze starej, dobrej, wypróbowanej metody przyniesienia sobie ulgi i żeby “się już więcej nie męczyć”. Tak zresztą kilkakrotnie zrobiłam, ale - o czym piszę w swoim dzienniku - przyszło mi za to zapłacić cenę dość wysoką.

zwątpienie przy dłuższych okresach bez wyraźnej poprawy

trwające miesiącami bóle głowy, ataki astmy

Jednymi z największych wyzwań były bóle głowy, które - żeby je wytrzymać - zmuszały mnie do ogromnej koncentracji. Tylko pełne skupienie na "współpracy" z bólem, czyli takim działaniu, które sprawiało, że dało się go w ogóle znieść, pozwoliło mi w tym czasie nie tylko nie odejść od zmysłów, ale nawet wzmocnić się psychicznie oraz wyleczyć ze strachu przed bólem dzięki doświadczeniu na sobie samej jego dobroczynnego działania. Udało mi się to wszystko przetrwać i poczuć oraz przekonać się “na własnej skórze” jak bardzo to było potrzebne.

Gdybym wiedziała wtedy to co wiem teraz, wielotygodniowy ból o sile migreny byłoby mi znieść znacznie łatwiej. Widzę jak bardzo wiedza daje ogromne pokłady nadziei i sił do przetrwania trudów. Ja nie miałam żadnego odniesienia jak to będzie i ile to jeszcze potrwa, na podstawie zewnętrznych informacji. Miałam jednak silne instynktowne przekonanie o właściwym kierunku i to w trudnych dla mnie czasach służyło mi za drogowskaz i koło ratunkowe.

A z astmą - było w jakimś sensie podobnie. Najtrudniejsze były te pierwsze razy, kiedy nie wiedziałam “jak to działa”, nie wiedziałam jak to będzie wyglądało, czy będę się dusić godziny, dni czy tygodnie i czy to wszystko wytrzymam. Rodziło to strach i jeszcze bardziej mnie spinało i utrudniało i tak utrudnione oddychanie. Przekonałam się jednak, że najdłuższy atak trwał w największym nasileniu może kilka godzin, ale nie było takich aż tak wiele. Większość, jeśli tylko udało mi się opanować strach i zmusić do spokojnego oddychania, przynosiła ulgę po godzinie, nawet szybciej, a suchy, duszący kaszel zamieniał się w wilgotny i pozwalał odkrztuszać wydzielinę i oczyszczać drogi oddechowe. Patrząc zaś z perspektywy tygodni, organizm uczył i uczy się nadal coraz lepiej z tych ataków wychodzić. Nie czuję już przed nimi strachu, jestem bardziej rozluźniona, co zapewnia większą łatwość i swobodę, a też i same fale duszności są z czasem coraz słabsze.
Uzdrawianie siłami natury to droga naturalnych instynktów żywej istoty
Potężnym wyzwaniem było (bo obecnie już nie jest - teraz żyję własnym rytmem i ogromnie mnie to cieszy, a zdrowie wraca szybciej) tzw. klasyczne życie zawodowe, gdzie:

muszę “chodzić” do pracy i mój rytm funkcjonowania przez większość dnia wyznacza pracodawca i gdzie we wszystko wpycha się złe samopoczucie,

mam odpowiedzialność za jeszcze zależne finansowo dzieci, które potrzebuję utrzymać,

muszę funkcjonować społecznie, czyli pracować z ludźmi i nie obciążać ich skutkami mojego złego samopoczucia, co sprowadza się do jego ukrywania,

muszę wykonywać szereg dość wymagających obowiązków zawodowych, szczególnie trudnych przy bólach głowy - 8-godzinny dzień pracy przed komputerem, w dużej amerykańskiej korporacji.

To wszystko zużywało spore ilości energii, zabierając ją z puli na odpoczynek, regenerację i oddanie się w pełni siłom natury. To mocno zaburzało proces zdrowienia.

Zauważyłam, że w czasie, kiedy funkcjonowałam “społecznie”, tłumiłam objawy, maskowałam to co naprawdę czułam, naprężałam się, wytężałam i zmuszałam do tego, na co nie miałam kompletnie ochoty. Zużywałam potężne ilości energii na utrzymywanie pewnej fasady, zubożając w ten sposób zasoby potrzebne na regenerację organizmu. Ponieważ w trakcie procesu leczenia miałam i okresy bez własnego rytmu i z własnym rytmem, dostrzegam zasadniczą pomiędzy nimi różnicę na korzyść tych zgodnie z własnym rytmem. Było mi trudno ją osiągnąć w moim zagonionym życiu. Jednak najwyraźniej determinacja zwyciężyła.

puchnące co chwilę zatoki, łzawiące oczy - trwające tygodniami

praca zawodowa na pełen etat, z pełnią objawów

Rzeczywiście, puchnące co chwilę zatoki i lejąca się z nich woda, łzawiące i piekące oczy przez pierwsze tygodnie niemal non-stop.

Jeśli ktoś jest w temacie i cierpi na chroniczne katary lub ma to ktoś z jego bliskich, raczej nie potrzebuję tłumaczyć, jakie to uczucie. Odechciewa się wszystkiego, mówiąc w największym uproszczeniu.
Trudności na drodze do zdrowych, wolnych od polipów, zatok

zatkany nos 24/7 przez 1,5 roku i ani dnia przerwy

Gdyby mi ktoś powiedział kilka nawet lat wcześniej, że taką sytuację będę miała - nie uwierzyłabym, że da się to wytrzymać.  

Po odstawieniu leków mój nos zatkał się kompletnie i całkowicie. Nie byłam w stanie ani przez niego wciągnąć ani wypuścić powietrza. Noce stały się prawdziwym koszmarem i drogą przez mękę. Budziłam się wielokrotnie z doszczętnie suchym wnętrzem ust i uczuciem w nosie jakby utkwiła mi w nim piłka do tenisa. Uczucie rozpychania wewnątrz zatok, a jednocześnie kapiąca z nich słona woda i całkowita niemożność wydmuchania zawartości nosa wprawiały mnie w poczucie beznadziejnej rozpaczy, paniki, złości, a w końcu smutku i apatii (na szczęście przejściowej).

W procesie, na który się zdecydowałam i który - jestem pewna - wiedzie mnie do zdrowia, mój nos jest nadal przez większość czasu zatkany, mam się mimo to jednak coraz lepiej i widzę, że jest się to w stanie przejść, wiedząc co jest stawką. A z czasem nos stanie się w pełni drożny. Chwilami bywa - coraz bardziej.
Jak wytrzymać ten proces i zgarnąć główną nagrodę

Jak wytrzymać, czyli największe wyzwania uzdrawiania siłami natury

Uzdrawianie siłami natury
Agnieszka Matysiak 
W ciągu wielu lat  spędziłam liczne godziny na staniu w kolejkach do rejestracji, tygodnie na czekaniu na wizytę u lekarza i znów kolejne godziny na czekanie  już pod samym gabinetem lekarskim. Wydałam spore kwoty na leki , z towarzyszącą temu świadomością, iż muszę ich używać do końca życia, żeby moja choroba nie wróciła… W moim przypadku nie musi już tak być.
Nie udostępniam mojego dziennika na stronie, ale zainteresowanym osobom, na życzenie, mogę go przesłać w formie pliku pdf - nieodpłatnie, zaktualizowanego na dzień wysłania.
Agnieszka Matysiak 
Uzdrawianie siłami natury

MOJE INSPIRACJE

Symbolika chorób zatok

Korzyści uzdrawiania siłami natury

Największe wyzwania w uzdrawianiu

Jak konkretnie zaczęłam?

3 bazowe założenia USN

Poprawa jakości życia w wyniku naturalnego leczenia polipów na zatokach

KONTAKT

uzdrawianie.silami.natury@gmail.com

kontakt@uzdrawianie-silami-natury.pl

ENGLISH VERSION