Powrót na górę strony

3 bazowe założenia USN

Przełom w myśleniu i wielki początek

Co konkretnie zrobiłam, żeby zacząć zdrowieć

Największe wyzwania

DIETA

O MOIM SPOSOBIE LECZENIA:

WYUCZONA BEZRADNOŚĆ ORGANIZMU

Jeśli tak dobrze się temu przyjrzeć z bliska, to to, co sama serwowałam nieświadomie przez lata własnemu ciału, to było prawie to samo, co powiedzenie komuś, kto podejmuje samodzielne próby poradzenia sobie z problemem, ale początkowo słabo mu wychodzi: “Nie dasz rady, niepotrzebnie się męczysz. Ja to zrobię lepiej. Nawet nie próbuj. Zostaw”.

Wielokrotnie, ze strachu przed chwilowym, może trochę większym cierpieniem, czyli pełną ekspozycją na objawy, usuwałam je pracowicie i w efekcie naraziłam się na cierpienie wieloletnie i bardzo kiepską jakość życia. Teraz już to wiem. Przez wiele lat nie wiedziałam. Jednak nieznajomość PRAWA nie zwolniła mnie od odpowiedzialności.

Oczywiście chciałam dobrze. Ale moja ignorancja w połączeniu z władzą nad ciałem uczyniła w nim poważne szkody. Jak to zwykle bywa z ignorancją. W połączeniu z władzą...

Skąd dokładnie wzięły się moje polipy na zatokach i wszelkie problemy zdrowotne? W sumie chyba nie jestem w stanie tego dociec - czy taka się urodziłam czy coś w moim życiu do tego doprowadziło - za wiele tu dla mnie zmiennych, a za mało punktów odniesienia. Mam pewne hipotezy, które rozwinę w jednym z rozdziałów, ale bardziej o charakterze moich wniosków z własnych obserwacji, czegoś w rodzaju zaobserwowanych zależności. Niemniej, jakiekolwiek byłyby przyczyny tych schorzeń, istotniejsza dla mnie była chwila obecna i sposób, w jaki ostatecznie zabrałam się do przeprowadzenia z nimi rozstania w moim życiu.

KRYZYS ZDROWIA MOMENTEM EUREKI

Nie wiem tak naprawdę, co było tym “kliknięciem” w głowie, punktem zwrotnym w świadomości, który zaowocował decyzją o odmiennym zgoła podejściu do kwestii dostarczania własnemu ciału komfortu w chorobie.

Niemniej, generalnie momentem, który mocno popchnął mnie nie tylko do myślenia w ogóle o jakiejkolwiek zmianie, ale radykalnego jej zastosowania, było osiągnięcie granicy, gdzie silne sterydowe krople do nosa nie były już w stanie obkurczyć błony śluzowej nosa wraz z polipami na tyle, żebym przez nos była w stanie oddychać. Kiedy zaczęłam się po prostu w nocy budzić, dusząc się, a dzień przestał się różnić pod tym względem od nocy, coś się we mnie przelało.

Kiedy już przestałam móc oddychać nawet przy użyciu silnych leków, pojawiło się pytanie - co dalej? operacja? życie na sterydach i potem kolejna operacja? i kolejna? i znów sterydy i tak do końca życia? Jakaś część mnie wiedziała, że są to drogi donikąd. Bałam się tego wewnętrznie, ale wiedziałam - nie wiem skąd, ale wiedziałam, że JEDYNA ODPOWIEDŹ, KTÓRA WYDAWAŁA SIĘ WŁAŚCIWA, oznaczała stanięcie oko w oko z… dyskomfortem.

Ten dyskomfort, to było w moim przypadku odczucie konsekwencji odstawienia leków, które ten komfort (złudny dość, ale jednak) mi zapewniały i otwarcie się na coś, co może przyjść jak już podejmę tą decyzję. Kompletnie nie wiadomo co. Co może z dużym prawdopodobieństwem być mocno niesympatyczne. Czułam jednak, że CZAS NAJWYŻSZY SIĘ Z TYM ZMIERZYĆ, cokolwiek to będzie.

SYMPTOMY CHOROBY JAKO ALARM

Zanim, po latach błędów i cierpienia, nauczyłam się działać wreszcie na korzyść własnego zdrowia, podejmowałam decyzje o zbyt dużym komforcie, przynajmniej tym dostarczanym przez leki, decyzje powodujące w konsekwencji tłumienie, a nawet usuwanie objawów. Nie zdawałam sobie sprawy, że jest to tożsame z odcinaniem przysłowiowego kabla od kontrolki alarmu, sygnalizującego brak oleju w silniku, bo jego sygnał i lampka przeszkadzają kierowcy w dalszej jeździe.

Ile to jest “tyle ile trzeba” tego komfortu, żeby pomóc, a nie zaszkodzić?

Mnie zajęło dużo czasu, by się tego dowiedzieć w stosunku do własnej osoby, w mozolnej nauce dialogu pomiędzy umysłem i ciałem (“umysł i ciało” oraz ich dialog, to również jedno z moich kluczowych odkryć w tym procesie). Na drodze wielu upadków, wielu dni beznadziei i poczucia, że coś jest nie tak, ale nie mam pojęcia co i przekonania, że takie życie nie ma sensu. “Takie”, czyli w ciągłej niedyspozycji, w chorobie i bez energii. Zajęło mi dużo czasu, żeby się dowiedzieć, że... ta ilość komfortu nie jest wartością stałą nawet w przypadku mnie samej.

Teraz jednak, kiedy już wiem, jak to działa, dialog wewnętrzny pomiędzy umysłem a ciałem przebiega naturalnie, jak oddychanie. Umysł na bieżąco monitoruje odczucia płynące z ciała i podejmuje stosowne decyzje, dla których zdrowie mojego organizmu stanowi punkt odniesienia. (ZDROWIE, które stało się od jakiegoś czasu wartością ZNANĄ). Niczym termostat w grzejniku, który utrzymuje poziom zadanej temperatury. Zanim jednak do świadomości mojej dotarł ten wewnętrzny dialog oraz podmioty tego dialogu - w uproszczeniu ciało i umysł, lata całe strawiłam w całkowitym ciemnogrodzie ignorancji.

KOMFORT NIE ZAWSZE DOBRY

Teraz jednak widzę, a wtedy nie widziałam, że zupełnie nieprawidłowo przez te lata rozumiałam ideę ulgi, komfortu ciała w sytuacji choroby. Owszem, przywracałam KOMFORT ciału za pomocą leków, ale praktyka pokazywała niezbicie, że cały czas ODDALAŁO JE TO OD ZDROWIA. Byłam coraz bardziej chora. Dlaczego? Dlaczego komfort ciała miałby mu przeszkodzić na drodze do zdrowia, a nie pomóc?

Stosunkowo niedawno, bo na krótko przed rozpoczęciem tego procesu leczenia, doszłam do wniosku, że komfort sam z siebie zły nie jest. Z obserwacji wywnioskowałam też, że jeśli cierpienie z racji choroby jest już zbyt duże, koniecznie trzeba go zapewnić ciału w minimalnym choć stopniu, gdyż inaczej z dużym prawdopodobieństwem zabierze mu ono siły potrzebne do leczenia. Zaobserwowałam jednak na sobie, że potrzebne jest wyczucie, żeby dać go tylko tyle ile potrzeba, by na nowo mogło się zmobilizować, ale nie za dużo, by nie odurzyć go, przytępiając jego zdolności autoregeneracyjne (swoja drogą, “zdolności autoregeneracyjne organizmu” - to, jak się, nawiasem mówiąc, okazało, było jednym z moich najdonioślejszych, przełomowych na drodze do leczenia, odkryć).
Uzdrawianie siłami natury wnosi ład i piękno do życia w każdej jego sferze
Wyuczona bezradność kończy się tam, gdzie zaczyna się uzdrawianie siłami natury
W miarę jak proces uzdrawiania siłami natury postępuje, odkrywają się ukryte wartości, które tłumiła dotąd choroba

NIE ZNAŁAM ZDROWIA JAKO PUNKTU ODNIESIENIA

Tak jak to widzę od stosunkowo niedługiego czasu, mój organizm od samego początku mojego życia wysyłał do mnie na przestrzeni lat informacje, że dzieje się w nim coś niedobrego. Jednak dopiero w okresie dorosłości, a nawet dojrzałości, względnie orientując się, co się w ciele może dziać, w ogóle zaczęłam o tych sygnałach myśleć jako o sygnałach wysyłanych przez mój własny organizm. Wcześniej, można by rzec w uproszczeniu, po prostu cierpiałam, nie wiedząc nawet, że cierpię, bo brak mi było jakiegokolwiek punktu odniesienia. Nigdy w swoim życiu, odkąd pamiętam, nie byłam zdrowa, więc nie wiedziałam też, że jestem chora.

Te sygnały, które zaczęły do mnie w końcu docierać w dorosłym wieku jako sygnały, na które warto zwrócić uwagę jako obiekty do analizy, to były przewlekłe katary ciągnące się tygodniami i miesiącami niemal bez przerwy, bóle uszu i zębów, bóle głowy, brak energii i chęci do życia, opuchlizna twarzy i całego ciała, worki pod oczami, zanik węchu i smaku, problemy jelitowe oraz długa lista innych objawów.

Zanim sygnały ciała zaczęłam postrzegać jako informacje, odbierałam je wyłącznie jako udrękę, słabość i cierpienie. Było mi ogólnie źle i w nieświadomości próbowałam jakoś sobie przynieść ulgę, żeby móc z dnia na dzień funkcjonować i podejmować różne życiowe czynności.

Brałam w tym celu przez lata leki, które - patrząc z mojej obecnej perspektywy, miały usunąć mój dyskomfort spowodowany odczuwaniem bardzo przykrych objawów chorobowych, a z ówczesnej perspektywy - miały, owszem, przynieść ulgę, ale w konsekwencji doprowadzić do stanu, którego instynktownie poszukiwałam od początku swego istnienia, ale nie wiedziałam, że zwie się on zdrowiem.

INSTYNKT PODPOWIADAŁ DOBRE ŻYCIE

Mogę śmiało rzec, że większość własnego życia strawiłam na mozolnym przedzieraniu się przez nie, od jakiegoś jego momentu jednak czując podskórnie (nie mam pojęcia skąd), że tak nie musi być i że gdzieś jest sposób, żeby żyć inaczej, lekko, tylko trzeba znaleźć sposób na wyjście z tego matrixa. Nigdy tak do końca nie pogodziłam się z tym, że już zawsze będę się źle czuć i stąd też nigdy nie ustałam w podświadomych poszukiwaniach wyjścia z tej matni.

Wiele lat jednak minęło, zanim w mojej głowie pojawiły się mgliste choćby ślady myśli o tym, że mój stan, moja choroba ma jakąś swoją naturę, którą cechuje pewna regularność, że istnieją w niej pewne, dające się zaobserwować zależności i reguły i że być może da się jakoś tą naturę poznać, być może zrozumieć. Zrozumieć czy mam na nią jakikolwiek wpływ i aktywną w niej rolę czy tylko bierną, jako jej bezwolna ofiara. A gdyby się okazało, że mam na nią wpływ, to czy jest on na tyle znaczący, iż mogę spowodować, że zniknie z mojego organizmu.
Uzdrawianie siłami natury poszerza perspektywę o nieoczekiwane aspekty życia
uzdrawiaie siłami natury jest proste, ale nie łatwe
Uzdrawianie siłami natury przywraca zdrowie według wzorca, który ma wbudowany każda żywa istota
Większość mojego życia miałam problemy oddechowe z powodu astmy lub zapalenia zatok. Masę czasu spędziłam szukając pomocy u medycyny konwencjonalnej - jako dziecko za pośrednictwem rodziców, w późniejszym życiu samodzielnie. Jestem szalenie wdzięczna za wynalazki w tej dziedzinie oraz wspaniałe leki i możliwość przeżycia w ogóle i złagodzenie cierpienia, w moim przypadku ciągle jednak nie dawały mi one wyleczenia i wolności od choroby. Gorzej nawet - przy moim nieświadomie nieodpowiedzialnym podejściu dawały mi szerokie możliwości zamknięcia się na dalsze odkrycia przez długie okresy mojego życia, pozwalając na w miarę wygodne funkcjonowanie, gdy zażywałam silne leki, bez konieczności rezygnacji z tkwienia w sytuacji, która prawdopodobnie moją wywołuje i/lub potęguje.

LEKI NIE WYLECZYŁY MOJEJ CHOROBY

Prostota i efektywność procesu naturalnego leczenia polipów na zatokach
Jak tylko jestem w stanie sięgnąć pamięcią wstecz, całe życie od czasu dzieciństwa dokuczało mi złe samopoczucie i generalnie różnorakie kłopoty ze zdrowiem. Były to zarówno konkretne jak i bliżej nieokreślone dolegliwości. Wtedy jednak nie miałam pojęcia, że się po prostu źle czuję. Że mam kłopoty ze zdrowiem. Teraz tak to nazywam, bo wiem już, że o to wtedy chodziło. Wówczas moje życie często wydawało mi się koszmarem, bo żeby móc funkcjonować w tzw. świecie, potrzebowałam wkładać w to niesamowity dla mnie wysiłek. Zamiast cieszyć się sprawnością młodego ciała, byłam ciągle chora i zmęczona.

Brzmi to zapewne dziwnie, bo jak można nie wiedzieć, że się człowiek źle czuje, ale w moim przypadku tak właśnie było, iż nie zdawałam sobie nawet sprawy, że już od dzieciństwa źle się czułam, że miałam bardzo niski poziom energii, że zrobienie czegokolwiek, co dla wielu było łatwe, dla mnie - przynajmniej fizycznie - było trudne i kosztowało pokonywanie samej siebie na każdym kroku. Gdybym wtedy była w stanie sobie cokolwiek uświadomić, prawdopodobnie już wtedy położyłabym się do łóżka i wstała dopiero wtedy, gdybym była w stanie. Albo nie wstała nigdy. Ponieważ jednak wyglądałam zewnętrznie zupełnie normalnie (siła wewnętrzna dawała mi niesamowite możliwości udawania, że daje radę, bo chciałam być taka jak inni) i nie było widać, że mi coś jest, a i ja też tego nie wiedziałam, zmuszałam się większość życia do rzeczy, na które nie miałam siły, a przez to i często ochoty. Aby jednak, we własnym przede wszystkim mniemaniu, funkcjonować społecznie, po prostu to robiłam, zużywając na to pokłady energii, którymi nie dysponowałam na zwykłe funkcjonowanie i działo się to wszystko kosztem moich energetycznych rezerw. Rezerw, które, jak sądzę, organizm posiada na wypadek ekstremalnych sytuacji w swoim życiu, gdzie kosztem kondycji pewnych organów i procesów, przerzuca energię, żeby uratować system fizyczny przed śmiercią lub poważnym uszkodzeniem. Jeśli taka sytuacja jest jednorazowa lub trwa krótko, a potem organizm ma czas i odpowiednie warunki, żeby straty odbudować i przywrócić normalne funkcjonowanie, nie dzieje się mu żadna krzywda. Jeśli sytuacja jest chroniczna, powstaje dług energetyczny organizmu, który skutkuje upośledzonym działaniem całości. Tak się też działo w moim przypadku i mój dług rósł z roku na rok bez mojej tego świadomości.

BYŁAM CHORA I O TYM NIE WIEDZIAŁAM

Czasem dół jest potrzebny, żeby zobaczyć górę. Idea uzdrawiania siłami natury zrodzona z zaawansowanej choroby.

Skąd się w ogóle wzięły te rozważania i pomysł na wyleczenie polipów na zatokach siłami natury?

Uzdrawianie siłami natury
Agnieszka Matysiak 
W ciągu wielu lat  spędziłam liczne godziny na staniu w kolejkach do rejestracji, tygodnie na czekaniu na wizytę u lekarza i znów kolejne godziny na czekanie  już pod samym gabinetem lekarskim. Wydałam spore kwoty na leki , z towarzyszącą temu świadomością, iż muszę ich używać do końca życia, żeby moja choroba nie wróciła… W moim przypadku nie musi już tak być.
Nie udostępniam mojego dziennika na stronie, ale zainteresowanym osobom, na życzenie, mogę go przesłać w formie pliku pdf - nieodpłatnie, zaktualizowanego na dzień wysłania.
Agnieszka Matysiak 
Uzdrawianie siłami natury

MOJE INSPIRACJE

Symbolika chorób zatok

Korzyści uzdrawiania siłami natury

Największe wyzwania w uzdrawianiu

Jak konkretnie zaczęłam?

3 bazowe założenia USN

Poprawa jakości życia w wyniku naturalnego leczenia polipów na zatokach

KONTAKT

uzdrawianie.silami.natury@gmail.com

kontakt@uzdrawianie-silami-natury.pl

ENGLISH VERSION