KONTAKT

uzdrawianie.silami.natury@gmail.com

kontakt@uzdrawianie-silami-natury.pl

SESJE INDYWIDUALNE

online

KLIKNIJ po więcej informacji

Uzdrawianie siłami natury

Agnieszka Pareto

Lista kategorii tematycznych

Lista artykułów

17 lipca 2022

Powrót na górę strony

czyli BAJKA O ŻABIM KRÓLU. A co jeśli związek, który stworzyliśmy okazuje się niesatysfakcjonujący? Czy trzeba dotrzymać złożonej kiedyś obietnicy? Czy nasze emocje wzbudza partner czy są tylko odbiciem tego co dzieje się w naszym wnętrzu? Czy żaba może się zamienić w królewicza w "prawdziwym" życiu?

 

 

 

 

 

 

Złota beztroska

Królewna siedzi na brzegu głębokiej studni i rozpaczliwie płacze. Cały ranek bawiła sie swoją ukochaną złotą piłką - najukochańszą ze wszystkich zabawek. Piłka wyglądała jak słoneczna kula - była koloru bardzo jasnego, prawie brokatowego złota. Samo patrzenie na nią wprawiało ją zawsze w doskonały humor, bo kula była idealnie kulista, a jej blask hipnotyzował i zniewalał zmysły. To był prezent urodzinowy od jej ojca.

 

Jeden nieostrożny rzut i piłka jakimś dziwnym trafem nieuchronnie poszybowała w kierunku bezdennej czeluści studni. Kiedy do niej zajrzała - zdjęła ją rozpacz i żal ścisnął serce. Zobaczyła tylko bezdenną ciemność. W głębi studni nie było widać nawet lustra wody, w którym mogłaby zobaczyc swoje odbicie. Było pewne, że piłka przepadła bezpowrotnie.

 

Rysa na ideale

Siada z podkulonymi kolanami, oparta o ścianę studni i zaczyna szlochać rozdzierającym płaczem. Czuje jakby coś w niej pękło. Jakby wraz ze złotą piłką straciła całe swoje dotychczasowe życie. Jej idealny świat rozpadł sie na kawałki wraz z tą straszliwą dla niej stratą.

 

Nagle, wsród szlochu i łkań słyszy jakiś dziwny dźwięk gdzieś nad głową. Zdziwiona przerywa płacz i dociera do niej, że to żabi rechot. Odwraca się w kierunku studni, skąd dochodzi dźwięk. Patrzy na jej krawędź i rzeczywiście widzi siedzącą na niej żabę. Zdziwienie na widok pokrytego oślizgłym śluzem płaza miesza się w niej z wykręcającym żoładek wstrętem. Nie tracąc żaby z pola widzenia - wstaje powoli i odsuwa od studni, tak aby przypadkiem żaba nie mogła na nią skoczyć. Kiedy nagle słyszy, że żaba zaczyna mówić ludzkim głosem, nogi dziewczynki zrywają sie do ucieczki, ale słysząc jej słowa, coś w niej postanawia zostać i wysłuchać ich treści, bo żaba najwyraźniej zwraca się bezpośrednio do niej i wspomina o czymś, na dźwięk czego ciekawość przezwycięża w niej lęk i odrazę.  

 

Obiecam ci wszystko tylko mi pomóż

Żaba uspokaja dziewczynkę i ofiaruje jej swoją pomoc w odzyskaniu piłki. Stawia jednak jeden warunek. Życzy sobie, aby w zamian za wyłowienie piłki ze studni królewna zabrała ją do domu i stała się jej towarzyszką - jadła z nią z jednego talerza, piła z jednej filiżanki i spała z nią w nocy w jednym łóżku. Królewnie zależy na zabawce, więc szybko obiecuje żabie co tylko żaba sobie życzy. W głębi duszy myśli sobie jednak, że żaba nie może być przecież towarzyszem człowieka - poza tym jest wstrętna i obrzydliwa i na samą myśl o jej dotknięciu królewnie robi sie niedobrze, więc kiedy żaba spełnia swoją obietnicę i wręcza dziewczynce piłkę, ta chwyta ją i ucieka nie czekając i zostawiając ją na krawędzi studni. Wkrótce zapomina o całym wydarzeniu, ciesząc się odzyskaną zabawką.

 

Ile waży twoje słowo?

Tymczasem któregoś dnia żaba zjawia się na progu jej pałacu, kiedy król wraz z rodziną zasiada do obiadu. Królewna, widząc żabę - przerażona zatrzaskuje przed nią drzwi. Zdziwiony król pyta o powód tego lęku, a kiedy królewna opowiada mu o wydarzeniu ze złotą piłką i danej żabie w zamian za jej wyłowienie obietnicy - król nalega, aby dziewczynka ją wpuściła do pałacu i swojego słowa dotrzymała.

 

Wstrętne i obce

Królewna, siadając do stołu, waha się nad pozwoleniem żabie, aby jadła razem z nią z jej talerza. Widząc to król nakazuje jej, aby była wierna swojej obietnicy. Dziewczynka niechętnie podsuwa talerz żabie i z obrzydzeniem, widząc jak żaba połyka kolejne kąski, je z drugiego jego końca, upewniając się, że wkłada do ust to, czego żaba nie dotknęła.

 

Wieczorem, kiedy przychodzi czas zabrania żaby do sypialni i umieszczenia jej w swoim łożu, królewna znów próbuje się od tego zadania wykręcić, jednak król, zdenerwowany, że córka zachowuje się jak małe dziecko, nakłania ją do wywiązania się z kolejnego punktu umowy z żabą przekonując, że nie wolno jej traktować z taką niechęcią kogoś, kto jej pomógł w potrzebie. 

 

Wstręt i obrzydzenie nie pozwalają jej zmrużyć oka ani pierwszej nocy ani kolejnych. Myśl, że żaba na nią wskoczy i dotknie swoją oślizgłą zimną skórą jej skóry, przyprawia ją o dreszcze i skurcz w dole brzucha. 

 

Szczerość cię wyzwoli

Mija w ten sposób wiele nocy i kiedy jednej z nich żaba, siedząca do tej pory na poduszce królewny w pewnej od niej odleglości tym razem zbliża się do jej twarzy i próbuje ją pocałować, królewna - drżąc z gniewu, przerażenia i obrzydzenia - zrywa się na równe nogi, chwyta żabę i rzuca nią o ścianę. Rozlega się po tym wielki huk i nagle przed oczami królewny - zamiast ohydnego płaza - z podłogi wstaje dorodny, przystojny młodzieniec, który przedstawia jej się z galanterią jako królewicz - następca tronu sąsiadniego państwa, którego zaklęła w postać żaby złośliwa czarownica.  Zakochują się w sobie od pierwszego wejrzenia, a niedługo potem - ku uciesze króla i całego dworu - biorą ślub i żyją razem długo i szczęśliwie.

 

Taka sobie szara mysz

Maja jest dziewczyną, o której zwykle się mówi "dziewczyna z sąsiedztwa". Przeciętnie ładna, przeciętnie inteligentna, z przeciętnie majętnej, ale porządnej rodziny - takiej, jakich wiele. Nie jest typem gwiazdy filmowej ani nie ma wybitnych talentów. Ot, chodząca zwyczajność. Nie rajski ptak, ale też nie zupełnie szary wróbelek. Nie pozbawiona uroku, ale raczej niepozorna.  

 

Tak o sobie myśli. Marzy o wielkich rzeczach, ale wie, że nie może za wysoko mierzyć, kiedy się jest kimś takim jak ona. Chciałaby Królewicza z bajki, ale choć po cichu o tym marzy, zdaje sobie sprawę, że królewicze są tylko dla królewien, a nie dla dziewczyn z sąsiedztwa.

 

A ja chcę królewicza!

Ma powodzenie u okolicznych chłopaków, ale żaden z tych, którzy się nią interesują – nie interesuje jej. Nie może powiedzieć - to są dobre, kochane chłopaki, ale żaden z nich nie potrafi poruszyć jej serca i zajrzeć w głąb jej duszy. Fajnie się z nimi gawędzi o tym jaki by chcieli kiedyś dom czy samochód, ale ona marzy o czymś więcej niż to, czego można się po nich spodziewać – zwykłych rozmów przy śniadaniu o tym co trzeba kupić na obiad czy że znowu podnieśli ceny gazu. To nie to, że uważa się za lepszą i stworzoną do wyższych celów niż przaśna codzienność. Chce jednak od życia i związku z drugim człowiekiem więcej, wierząc że nie samym chlebem człowiek żyje. Jej dusza jest głodna przeżyć i miłości, która według jej definicji nie polega na słodkim świergoleniu i spijaniu sobie z dzióbków, kiedy jest czas narzeczeństwa, a potem, kiedy wkracza proza życia i chemia tworzy stały związek - ludzie stają się dla siebie wyposażeniem mieszkania, które wspólnie zamieszkują. Marzy o relacji, w której nie ma momentu, kiedy już się wszystkiego spróbowało, wszystko poznało i ciekawość drugiego człowieka zamienia się w rutynę i przewidywalność, a to co fascynujące jest jedynie na Instagramie albo na bardziej zielonym trawniku sąsiada.

 

Bierz co jest, a ty co - królewna czy co?

Mijają jednak lata, a chłopcy, którzy do niej startują, wciąż jak według jakiegos szablonu - wszyscy do siebie w jakiś sposób podobni. Spotyka się z nimi, bo ciągnie ją do męskiego towarzystwa, ale czuje cały czas, że to nie to. Jakiejś przyprawy jej w tym wszystkim dotkliwie brakuje. Już ma rozstać się z kolejnym, z którym zalicza kilka randek, czując że to znów podąża w tym samym, którego ona nie chce kierunku, kiedy chłopak nagle oświadcza jej, że się w niej zakochał. Kiedy padają te słowa, Maja czuje jakby jej świat stanął w miejscu i zarył nosem w piach.

 

Ma wrażenie, że to jej “wina”. Że może za mało dała mu do zrozumienia, że ta znajomość jest niezobowiązująca i że obydwoje tylko obwąchują teren. Ale on jej do końca nie odpowiada i że wolałaby się wycofać. 

 

Burza kłębi się w myślach, a żołądek zaciska się w pięść. No i co teraz? Chłopak jest miły i oddany. Żal jej go, że go do tego doprowadziła. Wygląda na szczęśliwego, kiedy jest przy niej.

 

"Kurczę, ale to przecież nie moja wina!"

 

No tak, ale nie może go przecież “tak” zostawić. Trzeba ponosić odpowiedzialność za to co się komuś zrobiło... Oswoiłam go, jak lisa z "Małego Księcia", to teraz...

 

Jak się nawarzyło piwa...

Zrezygnowana poddaje się losowi wiedząc, że jeśli chce móc sobie każdego ranka spojrzeć w twarz w lustrze, nie może postąpić inaczej. Sumienie jej na to nie pozwala. Rozkochała w sobie chłopaka, więc gdyby go teraz rzuciła, zachowałaby się jak podła świnia. Jak zimna suka. Poza tym trzeba brać co jest. Nie ma co wybrzydzać, kiedy się jest przeciętniakiem jak ona. 

 

Chłopak jest w siódmym niebie. Wybrała jego chociaż była konkurencja! Nie zna prawdziwego powodu tego wyboru. Lepiej, żeby nie znał. Maja nie ma odwagi mu tego powiedzieć. Czuje, że sama sobie piwa nawarzyła tym, że “nie uważała” bardziej z dawkowaniem mu swojego przyjacielskiego nastawienia. Cóż jest zresztą winny chłopak, że ona ma od życia nierealistyczne oczekiwania i czeka na księcia, kiedy on już wpadł po uszy zanim tamten pojawił się na białym koniu? Zagrała nieuczciwie. Umawiała się z nim chociaż wcale nie miała na niego ochoty. To teraz trzeba za to zapłacić.  

 

Głód, którego nie da się niczym innym zaspokoić

Biorą ślub, a na świat przychodzą kolejne dzieci. Fajne dzieci. Dają Mai dużo radości. Codzienność bywa sympatyczna, ale jednak trucizna sączy się do duszy Mai każdego dnia nieprzerwanie. Czuje się jak jedna wielka niewdzięcznica. Ma wszystko, o czym niejedna kobieta mogłaby tylko pomarzyć – dom, dzieci, pieniądze, kochającego męża. Nie ma jednak tego ognia, który ogrzewałby ją od środka. Czuje się w obowiązku. W przyzwoitości. Bo narobiła człowiekowi bigosu. I teraz musi to posprzątać. Teraz, czyli już zawsze.

 

Stara się być dobra dla mężczyzny, który jest dobry dla niej. Kocha ją tak jak pokochał ją chłopak, który kiedyś nie mógł od niej oderwać oczu. Ale Mai brak ciągle w tej miksturze jakiegoś składnika, który spinałby całość jak magiczna klamra, bez której wszystko rozłazi się w szwach, choćby nie wiadomo ile wysiłku włożyła w to, aby wszystko działało. Ten związek wydaje jej się jak zbyt kruchy placek bez jednego nawet jajka. 

 

Dobroć gorsza od przemocy

Mąż jest cierpliwy, dobry i wyrozumiały i to dołuje ją jeszcze bardziej, bo nie ułatwia jej zadania, żeby mogła zrzucić na niego to jak się przy nim czuje. Czeka na nią każdego dnia wieczorem w łóżku, a kiedy ona nie przychodzi – bo trzeba zrobić jeszcze to czy tamto – bez cienia pretensji zasypia z głową na jej poduszce. 

 

Maja chciałaby, żeby jej ciało płonęło dla niego tak jak jego płonie dla niej, ale im bardziej przymusza się do tego pragnienia czując, że jest mu to winna, tym bardziej odstręcza go jego dobrotliwy, kochający dotyk. Jakby miał macki, którymi by chciał ją opleść w niekochanym uścisku. Przez wiele lat Maja przekonywała samą siebie, że wszystko jest okej, że to minie, że prawdziwa miłość znajdzie drogę i obudzi jej serce do kochania. Niekochanie jednak rozrosło sie jak rak i przeżarło każdą jej komórkę na wskroś.

 

Mąż nie był księciem i choć bardzo się starał zasłużyć na jej miłość – ciągle do niej nie czymś dorastał. Przerażało Maję, że niemożliwe, żeby tego nie czuł i że to musi się któregoś dnia wydać z hukiem. Skradając się po własnym domu jak złodziej przyłapywany codziennie na gorącym uczynku, czekała niespokojnie na nieunikniony wyrok. Jej ciało pod obowiązkowym należnym mu dotykiem robiło się coraz bardziej drętwe, a każde muśnięcie przynosiło ból zwielokrotniony niechęcią.

 

Żeby choć mieć dobry powód do odejścia 

Miłość tego mężczyzny bolała jak ukąszenie jadowitego węża. Było jak klatka bez krat, z której można wyjść w każdej chwili, ale wyjść nie można, bo wychodząc i tak zabrałoby się ze sobą ciężar poczucia winy i krzywdy uczynionej temu niewinnemu bądź co bądź człowiekowi, którego jedyną winą było to, że Maja go nie kochała i pokochać żadną miarą nie była w stanie. Nie potrafił rozmawiać o przestrzeni quantum, nie interesowały go warsztaty rozwoju osobistego, teorie psychologiczne ani radykalne wybaczanie czy totalna biologia. Nie miał o tym pojęcia mimo że nieraz próbowała go wciągnąć w to co ja samą pasjonowało od czasu, gdy odkryła, że to jest jej droga do lepszego życia. Nie mogła z nim prowadzić długich dysput, do jakich tęskniła. Jej umysł usychał przy nim i wiądł - niepodlewany ożywczymi sokami jego zainteresowania tym co tak bardzo kręciło ją. Ten człowiek był taki przyziemny i zwyczajny. Nie tak jak mężowie jej koleżanek, którzy potrafili wydać grubą kasę na sesje coachingowe, chodzili ze swoimi żonami na terapie, jeżdzili z innymi mężczyznami na warsztaty odkrywania męskiej energii i oddawali się temu nurtowi z zapałem, po powrocie odnajdując w swoich związkach nowe pokłady uczucia do żon, których wcześniej sami w stosunku do siebie nawet nie zaznali.

 

Ziejący pustką krater pustki

Dzieci dorosły i opuściły dom. Maja miała ochotę odejść razem z nimi, ale poczucie obowiązku wobec mężczyzny, który ją kochał, trzymał ją przywiązaną niewidzialnym sznurem jak niesfornego psa do kaloryfera.

 

Którejś nocy, upewniwszy się, że mąż zasnął – jak zwykle z głową na jej poduszce, Maja wślizgnęła się delikatnie pod kołdrę. Odpłynęła w sen dość szybko – zmęczona długą listą obowiązków, z których przynajmniej jedna trzecia była niekonieczna, ale pozwalała jej dłużej być zajętą przed położeniem się do łóżka. Obudził ją nagły ruch i dotyk ręki męża na jej piersi. Musiała się tam stoczyć przypadkiem i dotknąć jej przez sen, bez żadnych zakusów z jego strony, bo kiedy zerwała się z obrzydzeniem i wstrętem na równe nogi, w ostatniej chwili, zanim jej ustami ktoś zaczął krzyczeć z jej wnętrza, zauważyła, że mąż nadal śpi. Było jednak za późno zatrzymać ten wodospad słów. Z jej gardła wydobywał się już chrapliwy, potężny ryk, jakby zobaczyła u swoich stóp poćwiartowane zwłoki własnych  dzieci. Krzyczała nie mogąc zatrzymać potoku wyzwisk, pretensji i żalu o te wszystkie zmarnowane lata, w czasie których musiała walczyć, żeby nie wymiotować każdej nocy z odrazy, czując się za każdym razem zbrukana jak po zbiorowym odrażającym gwałcie. Rzygała szambem słów, które przyprawiały ją o przerażenie i strach przed soba samą, jakby głos pochodził nie od niej, ale od jakiejś rozjuszonej bestii, której istnienia nie podejrzewała nigdy w swoim wnętrzu. 

 

Dostrzegając nagle męża – przebudzonego tym jej zaskakującym widowiskiem – który słysząc to co słyszał patrzył na nią tak jakby – stojącego nago pośrodku rechoczącego rubasznie tłumu pogardliwie wyszydziła, urągając (nie)wielkości jego przyrodzenia i opluwając jego męską i ludzką godność – nagle zamilkła, choć nie dało się już uciszyć echa wykrzyczanych słów, które zawisły niczym smog w powietrzu między nią a nim.

 

A kto ty jesteś?

Patrzyli na siebie jakby każde z nich ujrzało kogoś, kogo wcześniej nie znało, dziwiąc się skąd się te dwie osoby znalazły nagle we wspólnej sypialni.

 

Mąż powoli wstał i podszedł do skamieniałej Mai. Objął ją w ciasnym uścisku i szepnął do ucha: “Przykro mi, że to było dla ciebie takie straszne. Ja się zawsze cieszyłem, że jesteś”. Słysząc to, serce Mai rozpadło się na tysiąc kawałków. Jej ciałem wstrząsnął płacz-gigant, który zaczął toczyć łzy z dna każdej jej najmniejszej cząsteczki i zakamarka. Szlochał każdy atom jej ciała, każdy włos na głowie i powietrze w jej płucach. Palił ją żar wstydu, potrząsała jak gałgankową lalką rozpacz, wykręcała żołądek wina wobec męża i mroził strach, że za chwilę wessie ją lodowata pustka, w której nie będzie nic oprócz sromotnej klęski i monstrualnego rozczarowania, że gmach, który budowała i siłą swojego tytanicznego wysiłku przez tyle lat utrzymywała – runął pod dotknięciem małego paluszka jakiejś nieznanej siły, która się przez nią przetoczyła jak tsunami. A ona nie zrobiła nic, żeby ją zatrzymać.

 

Masz co chciałaś od samego początku

Mąż otarł dłonią jej łzy i wypuścił z objęć. Wyszedł z sypialni i zszedł na dół. Maja usłyszała, że krząta się szurając czymś głośno po podłodze. Pstryknął włącznik elektrycznego czajnika i za chwilę zaszumiala gotująca sie woda.

 

Stała ciągle jeszcze jak egipska mumia - sparaliżowana tym co się stało, nie mogąc uwierzyć, że jej usta mogły wyrzucić z siebie tak straszliwą treść. “To koniec” – pomyślała. Przysiadła na krawędzi łóżka nagle sflaczała jak balon, z którego uszło powietrze. Siedziała tak długą chwilę czując wszystko i nic, kiedy nagle dotarło do niej, że chmury odpłynęły, a na jej niebo wzeszedł spokój, niczym srebrzysty księżyc mimo, że zostawiła wokół zgliszcza.

 

Zeszła chwiejnym krokiem na dół, trzymając się mocno poręczy schodów. Zobaczyła jak mąż zamyka właśnie ciasno spakowaną walizkę – ubrany jak do wyjścia – w nie zapięty jeszcze płaszcz. 

 

Serce zatrzymało jej się w piersi. Choć spodziewała się tego widoku, co innego było go zobaczyć na własne oczy. Usiadła na schodach i choć jeszcze przed chwilą w sypialni wydawało jej się, że świeżo uzyskany spokój zagości w niej na dłużej, jej ramionami wstrząsnął rozpaczliwy płacz. "No przecież zawsze tego chciałaś" - ktoś podpowiedział życzliwie z jej wnętrza. "Nigdy go nie kochałaś". "Nie cieszysz się?"

 

Cudze chwalicie...

Nie cieszyła się. Przez te wszystkie lata wyglądała tęsknie przez okno patrząc jak trawa lepiej się zieleni u sąsiadów, ale dopiero kiedy mąż zatrzaskiwał wieko walizki nad jej własnym trawnikiem ciasno zawiniętym w rolkę, zauważyła jego głęboką szmaragdową zieleń i doznała szoku, że miała cały czas pod nosem taką darń. Czyżby to jego szukała i na niego czekała całe ich wspólne życie, ale dopiero teraz – gdy odchodzi – zaczęła widzieć, że to jego szara, prozaiczna, bezpiecznie przewidywalna, nudna miłość pozwalała jej wypatrywać oczy za mrzonką, kiedy on zabiegał o ich szarą codzienność – ceny benzyny, co trzeba kupić na obiad czy że śmieciarka znowu nie zabrała ich kubła – trzeba będzie zadzwonić i ich poprosić, żeby zrobili to następnym razem?

 

Twarz Mai zrobiła się kredowobiała. Myślami, pod którymi ugięły sie nogi pomyślała, że zniszczyła wszystko na własne życzenie i własnymi rękami. Stworzyła ruinę. Wykreowała gruzowisko. Wszystko na co pracowała latami poświęceń i wyrzeczeń, tęskniąc za czymś, czego – jak jej się wydawało – nie miała - obróciła w perzynę. A teraz on odchodzi. Jej... książę?

 

Mąż zamknął walizkę i bez słowa wyszedł, zamykając za sobą drzwi. Zrobiło się cicho jak w grobowcu.

 

“Przepraszam” – wyszeptała Maja choć nikt nie mógł jej już usłyszeć. Łzy obeschły. Patrzyła tępo w przestrzeń nie czując nic.

 

Kum kum

Nagle zazgrzytał klucz w zamku i w drzwiach pojawił się mąż bez walizki. Musiał ją widocznie zostawić w samochodzie w garażu. Uśmiechnął się widząc Maję siedzącą na schodach i mającą minę jak kupka nieszczęścia. 

– Co tam, Misiu? Zmykaj do łóżka. Jeszcze wcześnie.

Maja z trudem poruszyła ustami.

– To ty nie odchodzisz? – ledwie powłócząc językiem pozbierała słowa.

– Dokąd niby mam odchodzić? – mąż podniósł brwi w wielkim zdziwieniu.

– No, po tym… co… no wiesz…

Mąż podszedł do schodów, na których siedziała, po czym usiadł obok niej i objął ją ramieniem.

– Skarbie, o czym ty mówisz? - po jego twarzy widać było jakby zdziwienie założyło się ze zrozumieniem któremu uda się przejąć jego twarz na dłużej.

- Ahaaaaa! Jasssny gwint! O ja cię.... To ty naprawdę myślałaś, że ja się wyprowadzam? – zaśmiał się lekko choć najwyraźniej ostrożnie, żeby nie poczuła, że się śmieje z niej, ale bardziej z tego co wymyśliła.

– Nnnnno…. tak.

– Misiu, Kochanie moje. No co ty! Ty mówisz o tej rzeczy - tam w sypialni? Ale skąd! Cieszę się, że to w końcu z siebie wyrzuciłaś. Tak coś czułem, że to cię gniotło od początku naszego związku. Jak chcesz, pogadamy o tym, kiedy wrócę. Okej? Pamiętasz? Jadę teraz na jeden dzień do tego klienta z Gdańska – mówiłem ci. Zapomniałaś? Hej, Malutka, no co tam! Oj, ty, ty…– obejmuje ją jeszcze ciaśniej ramieniem odzianym w miękką tkaninę płaszcza czując jak pod jego rękę wpełza kolejny spazm płaczu i Mai plecy zaczynają taniec w jego rytm. - No już, już... Nigdzie się nie wyprowadzam. Chyba, że chcesz?

 

Zostaje tylko płacz. Wielki zbiornik łez, które nie wiadomo skąd się biorą i czy one sie nigdy nie skończą i dlaczego ktoś ich nie zakręci a właściwie to niech lepiej nie zakręca bo dopóki lecą to on jeszcze nie wyjdzie może się spóźni ale to nic klient poczeka tu się przecież żaba zamieniła właśnie w księcia a właściwie to gdzie jest królewna przecież w bajkach o księciach są królewny a tu była tylko przeciętna dziewczyna no jak to jeśli jest prawdziwa miłośc to nie ma przeciętnych dziewczyn tylko królewny nie rozumiesz? Aha - rrrech rrrech kum kum kum kum-am już teraz...

Wymienić na lepszy model czy pokochać stary?

Starość to nie nieuchronność. Wiek to nieuchronność, a ten nie niesie z sobą negatywu, chyba. Negatyw jest w naszym umyśle, a ten można zakwestionować